Drugi może trzeci
weekend lutego, dokładnie nie pamiętam, On żonaty, ja w 6 miesiącu ciąży, oboje
zaczynaliśmy pierwszy semestr magisterki na polibudzie. Wzbudził moje
zainteresowanie ale tym że był wesoły, głośny, bardzo zabawny. Miło nam się
rozmawiało, znaleźliśmy wspólny język.
Kolejny zjazd poszliśmy
na piwo, ja na soczek porzeczkowy. Zostałam jego uczelnią żoną. Było już późno,
G zadzwonił po swoją prawdziwą żonę, mnie odwiozła na PKP. G powiedział do mnie
(przy niej) „Kochanie! Napisz jak będziesz w domu.”. Wydało mi się to dziwne,
ale to zignorowałam, może był pijany, może tak mówi do każdej dziewczyny, w
końcu obok siedziała jego żona, przytulał ją, całował. Wydawali się być zgodnym
małżeństwem. Wcześniej coś tam gadał, że małżeństwo to był błąd itp. Itd. ale
jakoś mówił to z uśmiechem. Pomyślałam, facet, gada sobie żeby pogadać. Wróciłam do domu, napisałam że dotarłam,
odpisał że się cieszy i na tym się skończyło. Przecież ja miałam faceta a G
miał P. Tak mijały zjazdy, coraz lepiej się dogadywaliśmy ale na zasadzie
przyjaźni. G mówił, że się rozwiedzie, że to małżeństwo to pomyłka. Mi z K też
się sypało, on był 1200 km ja sama, nie interesował się mną ani dzieckiem, co
prawda pytał „co tam?” „jak się czujesz?” ale … okazał się nieodpowiedzialnym
dzieciakiem.
A.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz